Jakub Olszewski – about

 

„Kim jestem?… Czym jestem?…
Nie wiem.”

To treść medytacji Zen pozwalająca odpiąć się od nakładki świadomości – ego – w poszukiwaniu własnej wewnętrznej tożsamości. Przypomina mi się ona zawsze w takich momentach, gdy trzeba powiedzieć lub napisać parę słów o sobie. Bo kimże ja jestem? Filozofem pragnącym zabrać Cie w podróż po własnych przemyśleniach? Pracownikiem miesiąca przekonującym Cię do skorzystania z Najlepszych Na Świecie Ofert? Blogerem zdradzającym sztuczki marketingu sieciowego?…

Jest tylko jedna rzecz stała i pewna: jestem świadomością zanurzoną w oceanie relacji międzyludzkich. Reszta jest tylko wypadkową mojej sumy doświadczeń życiowych w zderzeniu z chwilą naszego spotkania tutaj w Tu i Teraz. Pomimo oddzielającego nas ekranu monitora i kilometrów światłowodów spotkaliśmy się niczym dwie krople wody w oceanie wszechświata…

To, kim jestem w dużym stopniu determinuje moja historia. To punkt wyjścia determinujący treści, które pojawią się na tym blogu, więc teraz trochę historii.

Moja osobista kropla życia wpadła do oceanu ludzkości około 40 lat temu w pewnej podwarszawskiej miejscowości. Płynie we mnie gorąca słowiańska krew potomka powstańca Piotra Olszewskiego, który jako jeden z nielicznych przeżył masowe zabójstwa po Powstaniu Styczniowym z 1863 roku. Jego syn, a mój pradziadek Józef był pierwszym wójtem miasta Kobyłka. Dziadek zaś, Tadeusz Olszewski walczył w Powstaniu Warszawskim w Batalionie Parasol podczas II Wojny Światowej. Dziadek w wyniku odniesionych ran musiał zrezygnować z czynnej walki – nie złożył jednak broni, został szkoleniowcem żołnierzy AK na tajnych zgrupowaniach w okolicach Radzymina. Cześć ich pamięci [*].

strona z materiałów promocyjnych miasta Kobyłka strona z materiałów promocyjnych miasta Kobyłka

Ta rodowa spuścizna nie pozwala mi być obojętnym wobec dzisiejszych cichych „wojen” odbywających się na płaszczyźnie gospodarczej, kulturowej i informacyjnej. W odróżnieniu od moich przodków moim orężem nie jest broń palna, ani biała, lecz słowo i wiedza. Jako praktyczny humanista nie uczestniczę w masowych okazjonalnych manifestacjach, lecz działam lokalnie tam, gdzie dotyka nas codzienność. W swej nonkonformistycznej naturze preferuję strategię wspierania przede wszystkim Polski jako marki – kupuję polskie produkty, promuję  wiedzę o zdrowiu by żyło się nam lepiej, szczęśliwiej i dostatniej.

dawno dawno temuCzasy dzieciństwa i młodości spędziłem w Augustowie na Podlasiu, skąd pochodzi moja linia rodowa po kądzieli (żeńska) i gdzie przeprowadziliśmy się, gdy miałem ok. 3 lata. W latach 80-tych poprzedniego stulecia mój tato miał tam zakład fotograficzny w Porcie Żeglugi, gdzie robił turystom zdjęcia pamiątkowe metodą ekspresową swoim Pentacon Six-em (wtedy jeszcze czarno-białe) – być może jako jeden z pierwszych w Polsce. Chwilę przed wypłynięciem statku w rejs chętni pozowali grupowo lub indywidualnie do zdjęć w czapkach kapitańskich, po czym statek wypływał, a tato biegł „wywoływać” zdjęcia… Tak, kiedyś zdjęcia się „wywoływało” w ciemni fotograficznej!

Najkrótszy rejs trwał 1,5 godziny i w tym czasie trzeba było najpierw w absolutnej ciemności potraktować naświetloną kliszę fotograficzną odczynnikami chemicznymi by uniknąć wtórnego prześwietlenia, następnie – również w ciemni, ale już przy bardzo słabym czerwonym świetle – następowało pół ręczne naświetlanie papieru fotograficznego, „wywoływanie” obrazu na tymże papierze w chemicznym tzw. „wywoływaczu”, przepłukanie w wodzie, następnie utrwalenie w chemicznym „utrwalaczu”, ostatnie przepłukanie w wodzie i przyspieszone suszenie na specjalnej suszarce do zdjęć. Potem biegło się do portu na przeciw powracającemu z rejsu statkowi, turyści wysiadali i odkupywali swoje fotografie…

zbiór fotek historycznych

Do dzisiaj pamiętam zapachy ciemni fotograficznej, gdyż większość wakacji spędzałem „u siebie” towarzysząc ojcu w pracy. (Nie mówcie nikomu, ale dzięki temu często załapywałem się na darmowe rejsy statkami po jeziorach Necko, Białe, Studzieniczne i Rospuda 😉 )  Wtedy też po raz pierwszy poznałem techniki fotografowania „kieszonkowym” aparatem Zenit 11, wzbudzając tym samym respekt rówieśników – wtedy to był „lans i fejm” dla nielicznych, pomimo tego, że wiele z tych zdjęć było nie udanych…

Nie kontynuowałem tradycji zawodowej ojca częściowo dlatego, że kontakt z chemią nieorganiczną (w ciemni fotograficznej) wpływał raczej nie korzystnie na moje wątłe wtedy zdrowie. Dzisiaj wiem, że podłożem tego było chroniczne zatrucie rtęcią. Pamiętam swój poszczepionkowy NOP (Nieporządany Odczyn Poszczepienny) po szczepionce doustnej zaaplikowanej mi w wieku ok. 3 lat z bardzo dziwnym i nieprzyjemnym wrażeniem piasku w ustach, potem – w okresie szkoły podstawowej – spustoszenie w organizmie zrobiły plomby z rtęcią (amalgamat). Objawy w ogóle nie wskazywały na chroniczne zatrucie metalami: osłabiony układ odpornościowy, notoryczne bóle głowy nie wiadomego pochodzenia często kończące się wymiotami, nawet z „pustego żołądka” zaraz po wstaniu rano. Systemowo wykształceni lekarze w swej niewiedzy bezradnie rozkładali ręce twierdząc, że to migreny młodzieńcze na tle nerwowym i że z tego wyrosnę. Nie wyrosłem.

„Co Cię nie zabije – to Cię wzmocni.”

Mój stan zdrowia w tych czasach powodował swoiste wyłączenie mnie ze względnie „normalnego” dzieciństwa. Większość czasu spędzałem w domu czytając lub rysując. To była moja forma ucieczki od rzeczywistości. Do tego stopnia uciekałem w świat fantazji, że jedynymi uwagami w dzienniczku, wpisywanymi przez nauczycieli, były „Kuba czyta na lekcji nie te książki co trzeba” lub „Kuba rysuje na lekcji” – też nie to, co trzeba i nie tam, gdzie się powinno 😉 Miałem wtedy nieodpartą chęć wzbogacania ilustracji podręczników o własne interpretacje starannie wykonane ołówkiem, by wyglądały jakby były oryginalnie wydrukowane…

Te twórcze zdolności rysowania i wyćwiczona wyobraźnia skierowały mnie najpierw do Technikum Budowlanego, by po zdanej maturze dostać się na Wydział Architektury Politechniki Warszawskiej. Spośród sześciuset aplikujących i 150 miejsc zająłem ok. 70-tą pozycję. Radość trwała stosunkowo krótko, gdyż już na pierwszym roku moich studiów Politechnika Warszawska – chyba jako jedyna na świecie – postanowiła „wzbogacić” program nauczania przyszłych architektów o zaawansowaną naukę matematyki, zarezerwowaną dotychczas dla inżynierów. W okolicznościach moich problemów ze zdrowiem i jako typowy humanista postanowiłem odpuścić sobie dalszą naukę. Według statystyk i tak tylko ok. 20% architektów pracuje w zawodzie, miałem więc poczucie, że wcale wiele nie tracę.

LULU obraz olejny na sklejcePrzez parę kolejnych lat zajmowałem się różnymi pracami (np. jako początkujący agent ubezpieczeniowy, potem doradca klienta w CallCenter Banku Handlowego) nie koniecznie związanymi ze zdolnościami, które przechowywałem sobie w dziale „hobby”. W tamtych czasach profesjonalne komputery i oprogramowanie do grafiki były jeszcze dość drogie. Zwyczajnie nie stać mnie było na ich zakup. Co prawda miałem już wtedy dość dobrze opanowany warsztat rysunku, a nawet malarstwa olejnego (obraz po lewej „LU.LU.”), jednak nie umiałem wykorzystać tego w pełni komercyjnie i z tego żyć. Po paru latach nabyłem swój pierwszy domowy komputer i zacząłem uczyć się programów graficznych. Oczywiście wciąż to było jeszcze tylko hobby, osobista „zajawka” i forma ucieczki od rzeczywistości obarczonej dysfunkcją zdrowotną, gdyż do ewentualnego zatrudnienia mnie jako profesjonalny grafik wymagane było wtedy przeważnie legitymowanie się ukończonym stosownym kursem z „certyfikatem”, na które też nie było mnie stać.

W połowie roku 2007 pewien zbieg okoliczności skontaktował mnie z Domem Produkcyjnym Timecode, gdzie dano mi szansę samodzielnego douczenia się programu do animacji, oraz pracę w zawodzie grafika animatora. Okres stażu spędziłem pracując na planach zdjęciowych jako dyżurny planu (przynieś-podaj-pozamiataj), a w pozostałym czasie opracowując „zadanie egzaminacyjne”. Zadaniem tym było wykonanie krótkiego treilera (zapowiedzi) wymyślonej książki kryminalnej w postaci animacji w stylu komiksowym – to były jedyne wytyczne, oprócz których miałem jeszcze wykorzystać kilka fotek do osadzenia w filmie oraz podkład muzyczny. Całą resztę mogłem sobie wymyślić.

🙂 Egzamin zdałem, a jego efekt możesz zobaczyć tutaj:

(Więcej moich aktualnych animacji, głównie komercyjnych zobaczysz po kliknięciu w ikonkę YouTube na pasku bocznym „Kubarlov w socialmediach”.)

Praca w tym zawodzie zmotywowała mnie do uzupełnienia wiedzy branżowej. Rozpocząłem naukę w Warszawskiej Szkole Reklamy, gdzie poszerzyłem swoją wiedzę z zakresu animacji, identyfikacji wizualnej, brandingu, namingu, copywritingu, DTP, fotografii i rysunku. Niektóre z tych przedmiotów były dla mnie nowością, inne zaś – z technik opanowanych wcześniej samodzielnie – zaliczałem tylko dla formalności. Z kilkoma poznanymi tam osobami współpracuję do dziś.

Logotyp mojego autorstwa, który wygrał w ogólnopolskim konkursiePo kilku latach pracy „na etacie” – choć formalnie bez etatu (umowy o dzieło, co jest raczej normą w tej branży)  – w poszukiwaniu osobistej wolności i tożsamości postanowiłem przejść „na swoje”. Wzloty i upadki towarzyszące takiej samodzielności, to w zasadzie codzienność, ale przecież nie pierwszy raz zmagałem się z przeciwnościami losu. Skóra na tyłku zdążyła mi już stwardnieć, nie tylko od siedzenia przy komputerze 😉 . Dzisiaj patrzę na to z uśmiechem i pewną satysfakcją związaną z nabytymi doświadczeniami. Wciąż jestem „na swoim” i tak już zostanie.

(Swoimi mniejszymi i większymi sukcesami graficznymi chwalę się na swoim fanpage’u na Facebooku. Tutaj przykładowa praca – wygrana w ogólnopolskim konkursie na projekt identyfikacji wizualnej.)

Okres pracy w Domu Produkcyjnym oraz nauki w WSR był też dla mnie czasem, który określam „czasem przyspieszonego rozwoju osobistego”. Wciąż dawały o sobie znać nie rozwiązane problemy zdrowotne, które bardzo utrudniały codzienne funkcjonowanie. Kolejne pokolenie lekarzy również było bezradne. Pozostało mi samodzielne poszukiwanie rozwiązania w medycynie alternatywnej. Jako że wciąż miałem (i mam) zamiłowanie do książek i wszelkiej literatury, więc i w dziedzinie zdrowia powoli stawałem się samoukiem – specjalistą.

Szukałem każdej wzmianki łączącej moje objawy z hipotetyczną przyczyną. Niejako „po drodze” dowiedziałem się wiele ciekawych rzeczy o działaniu ludzkiego organizmu i tego jak wiele jego funkcjonalności powiązanych jest bezpośrednio z jego paliwem – pożywieniem. Pierwsze sukcesy nastąpiły po przejściu na dietę wegetariańską ok. 8 lat temu oraz w kolejnych paru latach na wegańską, wraz z poszerzaniem wiedzy i odstawieniem pokarmów najbardziej obciążających mój metabolizm. Wciąż to było tylko leczenie objawowe, jednak z czasem ta droga okazała się strzałem w dziesiątkę.

W końcu mogłem pożegnać się z postępującym uzależnieniem od coraz silniejszych środków przeciwbólowych. Pożegnałem się też z bezradnymi lekarzami, których jedynym rozwiązaniem stało się z czasem proponowanie mi coraz wymyślniejszych „leków” objawowych, włączając w to sztuczne opiaty. Mogłem rozpocząć normalne funkcjonowanie i życie towarzyskie. Czując się jak młody bóg przeżywałem – i wciąż przeżywam drugą młodość.

Będąc już na właściwej prozdrowotnej ścieżce trafiłem też w literaturze z poza mainstreamu medycznego na serię artykułów poświęconych różnym nietypowym alergiom i objawom przypominającym alergię. Znając reakcje swojego organizmu powiązałem fakty i od tamtej pory wiem, że chroniczne zatrucie rtęcią wywołało u mnie dysfunkcję enzymów czyszczących z grupy Cytochromu P450. W sytuacji, gdy w wyniku spożywania pewnych pokarmów w moim organizmie gromadziły się pewne metabolity, enzymy te wszczynały swoisty alarm często nie adekwatny do obciążenia, pojawiał się ból głowy, a towarzyszące mu wymioty były próbą oczyszczenia się organizmu z „toksyn”, które wniknęły do ciała razem z pożywieniem.

Historia mojego życia pisze się dalej w nowych okolicznościach ciągle ewoluującej rzeczywistości. XXI wiek to czas globalnej wirtualnej wioski, gdzie Ty i ja – dwie krople świadomości z oceanu ludzkości – możemy spotkać się w dowolnej chwili naszego Tu i Teraz pomimo bariery ekranu monitora. W ten sposób niejako tworzymy nowy świat bez barier przestrzeni i czasu.

Komunikujemy się w sieci coraz swobodniej za pomocą słów, obrazów i dźwięków – zarówno na płaszczyźnie biznesowej, jak i prywatnej. To przenikanie się sfer powoduje, że przedsiębiorstwa stają się bardziej ludzkie, a ludzie bardziej przedsiębiorczy. Człowiek i wszelkie indywidualne informacje o nim rozpięte na osi czasu jego poszczególnych kliknięć, lajków, tagów i wyszukiwań w Google stają się zbiorem cech budujących jego obraz marki osobistej w tej wirtualnej rzeczywistości. XXI wiek to czas marketingu sieciowego z coraz szybciej powiększającym się zasobem narzędzi do jego prowadzenia dostępnym każdemu człowiekowi posiadającemu dostęp do sieci.

Na tym blogu udostępnię wiedzę o tych narzędziach, które pozwolą Ci wykorzystać podstawowy i używany od wieków „oręż” biznesowy dostępny każdemu człowiekowi – słowo – czym niejako wracamy do korzeni naszego społecznego współistnienia. Zbiór słów dotyczących pewnego wspólnego tematu i wpuszczonych do sieci z różnych stron przez osoby promujące tę samą ideę, to nic innego jak ‚marketing szeptany’. Gdy słowa połączymy z charakterystycznym obrazkiem, kolorem, skojarzeniem, wizerunkiem – nazywamy to ‚identyfikacją wizualną’, która powoli przestaje dotyczyć jedynie firm (Corporate Identity), a coraz częściej mówi się o niej w kontekście samodzielnych osób nazywając to zjawisko ‚marką osobistą’. Ty też jesteś marką osobistą nawet pomimo nieświadomości swych działań z tym związanych.

Kompletne narzędzia proponowane przeze mnie pochodzą od osób z ogromną wiedzą w dziedzinie budowania marketingu sieciowego, gdzie podstawową wartością jest człowiek i jego osobiste zasoby (zdolności) jako fundament każdego biznesu opartego na relacjach międzyludzkich. Ich wieloletnie doświadczenie poparte sukcesami w tej dziedzinie zaowocowało stworzeniem gotowych rozwiązań, które wystarczy tylko wprowadzić w życie, by wspólnie cieszyć się ze zwielokrotnionych efektów pracy zespołowej. Z jednym z takich narzędzi możesz zapoznać się w tym linku.

Aby Twego szczęścia nie psuły ewentualne problemy zdrowotne, w kilku procentach treści prezentowanych tutaj będę „przemycał” proste i sprawdzone metody na utrzymanie ciała w zdrowiu i zredukowanie obciążeń środowiskowych. Biorąc pod uwagę indywidualną złożoność każdego organizmu oczywistym dla mnie jest, że pewne zagadnienia medyczne przekraczają moje skromne kompetencje, a Twoja sytuacja może wymagać specjalistycznej diagnostyki. Dlatego ograniczę się jedynie do zasad uniwersalnych sprawdzających się w większości przypadków tzw. schorzeń cywilizacyjnych. Porady te w myśl prawa nie będą ani diagnozą medyczną, ani proponowaną terapią medyczną, nie mogą też zastąpić opinii pracownika służby zdrowia. Będą jedynie moją osobistą sugestią, na które aspekty należy zwrócić uwagę, by żyć zdrowo i jak najmniej zawracać głowę naszej Służbie Zdrowia.

Dziękuję Ci za dotrwanie do końca tego tekstu i wspólną krótką podróż naszych kropli świadomości. Zapraszam do komentowania, udostępniania lub spotkania w socialmediach. 🙂

Na zakończenie mam dla Ciebie małą zagadkę – odpowiedź znajdziesz poniżej zdjęcia (projekt nadruku jest mojego autorstwa):

Czy wiesz jak można uwolnić kroplę?

Nonkonformista koszulkowy

Należy wpuścić ją do oceanu.

🙂

Pozdrawiam serdecznie,

Jakub Olszewski


Niniejszą stronę po krótkiej i prawie samodzielnej nauce postawiłem wykorzystując system WordPress 4.5 i motyw: Raita pobrany z tego miejsca: Creative Market

Hosting i narzędzia obsługujące stronę zapewnia mi: Getall.


Disclaimer:

Blog ten służy prezentacji mojej działalności oraz zainteresowań. Wszystkie zamieszczone tutaj treści przedstawiają moją prywatną wersję rzeczywistości i zgodnie z tym duchem odbywać się będzie również ewentualna moderacja komentarzy. Wszystkie prace graficzne, jeśli nie zaznaczono inaczej, stanowią własność autora. Kopiowanie i rozpowszechnianie fotografii bez jego zgody jest zabronione.
Porady zdrowotne prezentowane na tym blogu w myśl prawa służą wyłącznie do celów edukacyjnych i informacyjnych i nie mogą zastąpić opinii pracownika służby zdrowia.

This blog is a presentation of my activities and interests. All content presented here represent my private version of reality and in accordance with the spirit of the place will also be possible moderation of comments. All graphic work, unless otherwise indicated, are the property of the author. Copying and publishing photos without their permission is prohibited.
Health tips presented on this blog under the law are only for educational and information purposes and can not replace the opinion of a health professional.

Polub / Udostępnij